Henna w literaturze

    "...Ray uparł się, by pokazać mi "klatki" - ulicę w wyjątkowo rozgorączkowanej i lichej dzielnicy Bombaju, służącą przedstawicielom dwóch profesji: dentystyki i prostytucji. Dentyści zajmowali mieszkania na piętrze, a prostytutki wykonywały swą pracę w... no cóż, w klatkach. Tam, gdzie inne sklepy miały ściany i drzwi, te burdele miały kraty - jak w celach filmowego więzienia. Za kratami, raz po raz zerkając na zewnątrz, z rękami jak u więźniów zaciśniętymi na stalowych prętach, stały prostytutki - w większości wiejskie dziewczyny kupione od rodziców i liczące niewiele ponad trzynaście, czternaście lat. Były groteskowo umalowane: linie brwi wykreślone wielkim mazakiem, grube na pół cala rzęsy, purpurowy róż, wyglądający nienaturalnie na ciemnej skórze i mocno przypruszony białym pudrem po to, by ukryć jej kolor, a w rzeczywistości uwydatniający go w makabryczny sposób. Ich wargi, grubo umazane czerwienią, również wydawały się purpurowe, wyglądały jak wargi konających ludzi. Stroje, uszyte z tej samej szeleszczącej tkaniny, w którą odziewano ludowe lalki sprzedawane na lotniskach w sklepach z pamiątkami, połyskiwały w mroku. Zamiast przywodzić na myśl złote szaty, przypominały mi choinkowe świecidełka.    
     Uwięzione w klatkach kobiety często pokazywały spod warstwy ozdób pękate, niekształtne ciała, nalane twarze sierot o żałosnych spojrzeniach. Nie sprawiały wrażenia nieszczęśliwych. Przeciwnie, w klatkach panował nastrój fellinistycznej wesołości: małe, drżące różowe języki wystawały spomiędzy krat, palce wskazujące spółkowały z zaciśniętymi w pięści dłońmi, ozdobionymi wzorami z henny przypominającej zaschniętą krew, ręce odsłaniały i ściskały brudne, małe piersi, jakby dla uzyskania ich jędrności. I wszędzie, gdzie szliśmy, słychać było rechoczący śmiech i okrzyki:  
      - Hej, Jankesie, fiku-miku, bara-bara... Mister! Sahibie! Miła dziewczyna, dobra dziewczyna...Sahibie! Chcesz? Najlepsza dziewczyna, dobra dziewczyna, czysta dziewczyna...  
     Obcokrajowiec byłby największą gratką, jaka mogłaby się trafić każdej z tych dziewczyn - w interesie alfonsów, którzy byli ich właścicielami. Zanim ujrzały choćby rupię z tego, co zarabiały na plecach i kolanach, musiały spłacić pieniądze, za które sprzedali je rodzice."
 
Paul William Roberts, Imperium duszy, Muza SA, Warszawa 1996.
 
 
     
     "Panna młoda była cichą, dobrze wykształconą dziewczyną w wieku około osiemnastu lat. Jak wiele Afganek, miała jasne włosy i skórę. Jej zamożna rodzina uciekła przed wojną i oczy dziewczyny były pełne smutku. Kobiety z rodziny pana młodego przez wiele godzin malowały henną jej dłonie i stopy, tworząc skomplikowane rysunki. Znosiła ten rytuał cierpliwie, bez uśmiechu ani westchnienia. Być może opłakiwała utracone góry ukochanego Kabulu.
     Zaślubiny były punktem kulminacyjnym uroczystości weselnych. Państwo młodzi siedzieli na podium, odbierając życzenia krewnych. Panu młodemu wolno było śmiać się i rozmawiać, natomiast panna młoda musiała siedzieć idealnie nieruchomo z pokornie opuszczonym wzrokiem. Mijały godziny, a ja nie widziałam, by się poruszyła. Jakby wpadła w hipnotyczny trans. W wyszywanym złotem szalwar chamiz, ze złotymi łańcuchami na szyi, grubo pomalowaną twarzą oraz dłońmi i stopami pokrytymi rysunkami, zapadła się w siebie i wyglądała jak ptak o połamanych skrzydłach."

Saira Shah, Córka bajarza - W poszukiwaniu mitycznego Afganistanu, Albatros, Warszawa 2005.
 
 
     "Myślę o tym bez przerwy, w każdej chwili dnia, a głównie wieczorem, kiedy zasypiam obok moich sióstr. Jęśli jestem w ciąży, ojciec udusi mnie pod baranią skórą. Kiedy budzę się rano, cieszę się, że jeszcze jestem przy życiu.
     Boję się, że ktoś z rodziny zauważy, że nie jestem taka jak przedtem. Na widok osłodzonego ryżu mam ochotę zwymiotować, w stajni najchętniej zapadłabym w drzemkę. Jestem ciągle zmęczona, mam blade policzki, matka z pewnością wkrótce to zauważy i spyta mnie, czy nie jestem chora. Dotąd nigdy nie chorowałam. Więc się ukrywam, udaję dobre samopoczucie, ale to staje się coraz trudniejsze. A Faiez się nie pokazuje. Wsiada do samochodu w tym swoim pięknym garniturze, z teczką i w eleganckich butach, a potem odjeżdża tak szybko, że koła pozostawiają za sobą wielki obłok kurzu. Zaczyna się lato. Od samego rana jest bardzo gorąco. Muszę wyprowadzać zwierzęta o świcie i przyprowadzać, gdy słońce grzeje już za mocno. Nie mogę już czatować na tarasie, muszę koniecznie znaleźć jakiś sposób, by porozmawiać z nim o małżeństwie. Bo na moim nosie pojawiła się dziwna plamka. Mała, brunatna plamka, którą próbuję ukryć, bo dobrze wiem, co ona oznacza. Noura miała taką samą, gdy była w ciąży. Matka patrzy na mnie zdumionym wzrokiem:
- Coś ty zrobiła?
- To henna, potarłam nos palcami, byłam nieuważna.
     Naprawdę pobrudziłam się henną, specjalnie posmarowałam sobie nos. Ale to kłamstwo nie utrzyma się zbyt długo. Jestem w ciąży i nie widziałam się z Faiezem od ponad miesiąca."
 
Souad, Spalona żywcem, Świat Książki, Warszawa 2008.